środa, 15 kwietnia 2009

Usprawiedliwienie

Przyznaję - jestem leń...i pisać mnie się nie chce...

sobota, 27 grudnia 2008

Bajka o orzełku autorstwa Miśki

Poszła mama orzełka i orzełek na zakupy. Mama kupiła choinkę, prezenty, jajka, mąkę, bombki, pomarańcze, domestos i prezenty. Orzełek był niegrzeczny caaały dzień i mama orzełka była zła i wyrzuciła wszystkie prezenty przez okno, i orzełek miał zakaz komputera i telewizji, i miał posprzątać pokój. W pokoiku orzeła był straszny bałagan, i nie było choinki, bo mama orzeła poszła do pracy, a orzeł był za mały i nie miał kluczy do piwnicy. I orzeł poszedł spać, bo mu się wszystko znudziło...KONIEC

środa, 3 grudnia 2008

!!!

Przyrzekam, że jak będę stara, to nie będę taka upierdliwa jak inne stare baby...

sobota, 22 listopada 2008

Miśka kelnerka

Chyba panikowałam. Nie lubię panikować, ale czasami nie da się inaczej.
Wsjo w parjadkie na dzień dzisiejszy.

Dialog z dziś:

Miśka[M] ja [J]
Zimno, ciemno, zabawa w restaurację...dwugodzinny hajlajf

M - cego sobie zycycie?
J - kotlet w sosie myśliwskim, sok pomarańczowy z lodem.
M - ok (w trasie pokój - drugi pokój zapomina o co biega, więc się dziecko wraca i wyciąga kartkę papieru z kieszeni)
M- lachunek, płacis 55 złoty
J- Przepraszam, ale ja niczego nie dostałam!!!
M- Placis albo wypad! Maaarlllennaaa!!!!

Koniec historii -tego wieczoru moje dziecko zarobiło 2.50 zł i mogłoby więcej, ale w trakcie zabawy zasnęło z rozpoczętą kanapką i ochotą na ciąg dalszy...

wtorek, 28 października 2008

Diagnoza

Szukają, szukają i cisza. Lekarze nie wiedzą co się z Marlą dzieje. Wyniki dobre jak do tej pory. Zgrabny test na amylazę. Boję się jutra. Amylaza w surowicy krwi nie świadczy o niczym dobrym...Ten rok jest przeklęty! Staram się nie wpadać w panikę...

piątek, 24 października 2008

Żeby chorować trzeba mieć końskie zdrowie!

Miałam dziś bardzo ciężki dzień...
Zaczęło się od tego, że moja córka miała bezczelność mieć ból brzucha. Jej stara, przewrażliwiona wariatka, która już i tak nie równo pod sufitem ma, spakowała dziecko i ruszyła prosić o pomoc lekarza. Lekarz, to proszę Szanownych Państwa, taki ludzik, który pomaga wyleczyć kuku i robi to z powołaniem (przynajmniej kilka sztuk na tysiąc, co się okaże w dalszej części tekstu)
W poradni, ładnie zwanej rodzinnej, gdzie na ścianie widnieje skrzynka z napisem "ankiety satysfakcji pacjenta" (???) kazano matce z dzieckiem, które zwracało, miało biegunkę i czuło się fatalnie, przywędrować ponownie po południu. Matce najpierw zrobiło się gorąco, potem zimno, a potem pomyślała, że jej noga nigdy więcej w tej poradni nie postanie, a jak dostanie bombę w swoje rączki, to na pewno zrobi z niej użytek. Zapakowawszy dziecko do taksówki pojechała do szpitala. W szpitalu zbadano dziecko i kazano jej przynieść skierowanie do szpitala od lekarza rodzinnego. Matka zapakowała ponownie dziecko w taxi i ruszyła z pustymi rękami, i bolącym brzuchem córki do domu. Równie dobrze mogła swojej szanownej dupy nigdzie nie ruszać!
Dojechała do domu, zdała relacje, przekazała dziecko Roladzie i pojechała do pracy (taksówką naturalnie) W drodze do pracy taksówka matki wjechała w tył innego auta i tak oto pechowa matka przebyła połowę drogi za free i do tego bez żadnych okaleczeń (no trochę ją kolana bolały, bo zatrzymała się na przednim siedzeniu)
Dotarła matka do pracy i zamówiła telefonicznie wizytę w jej ulubionej poradni Usatysfakcjonowanych Pacjentów. Kazano jej dotrzeć na miejsce na godzinę 14.00 i nazwano Marlenę pacjentem "numer 5". Matka wzięła zatem ponownie dziecko do poradni UP. Była dokładnie 14.00. Wlazła do środka, grzecznie usiadła obok numeru 1, numeru 2, numeru 3 oraz numeru 4, którego właściwie jeszcze nie było, i zdała sobie sprawę, że licząc tylko 10 minut na numerek, wlezie do lekarza za jakieś 40 minut. Niestety nie miała racji, bo nie wzięła głupia pod uwagę, że lekarza jeszcze wcale nie ma. Minął kwadrans zanim przybył. Matka odczekała tracąc zmysły, dostała skierowanie i pomknie z nim w poniedziałek do szpitala, bo w weekend nie ma podobno po co.
Żeby chorować trzeba mieć naprawdę końskie zdrowie!

wtorek, 14 października 2008

Logika faceta

Celem wprowadzenia napomknę, że dziś z Kurką Łobuziarką byłam u lekarza. Pobolewał ją brzuch.
Przychodzę do domu z zakupioną nospą i skierowaniami na co się tylko da.
Rolada komentuje od razu całą chorobę:
- Bo jakby nie jadła tych słodyczy, chipsów w szkole i lodów po szkole, to by ją żołądek nie bolał.
- Ale ona NIC dziś nie jadła! - odpowiadam
- No właśnie mówię...

Kończę seans telewizyjny wyłączając pudełko, Miśce rzednie mina, z grymasem męczennicy udaje się w kierunku lodówki zażegnać rozterki wewnętrzne. Otwiera lodówkę, wyjmuje parówkę i cicho zacina
- No i skończyło się babce sranie...